niedziela, 13 sierpnia 2017

następna stacja

następna stacja
kamienica, serendipity, katie_lamassu, starówka, okna

Bildungsroman to taki gatunek, w którym główny i dość młody bohater, dowiaduje się prawdy o mechanizmach rządzących ludźmi, światem i ich wzajemnymi relacjami. Chwilę potem traci złudzenia, nazywa rzeczy po imieniu i odkłada swój młodzieńczy idealizm na półkę. 

Moja codzienna powieść też jest o formowaniu, tylko główna bohaterka (ja) nie aż tak młoda (choć nadal dorosła nastolatka), semantycznie interpretująca rzeczy i zjawiska w punkt, doskonale wie na czym polega większość gier świata tego. Mimo to traci złudzenia dzień po dniu, wciąż na nowo, jakby w Dniu Świstaka i nadal dziwi się, że odrastają, jak głowy u Hydry lernejskiej lub głowy u wirków (tym bardziej, że wirki mają moc, by ich odrastająca głowa powróciła z tą samą pamięcią), ale jakby wnioski nie przeszkadzają w ciągłym dziwieniu się ludziom, światu i ich wzajemnym relacjom. Bo to formowanie trochę poza formą, trochę wymykające się i puszczające oko przez ramię, ale całkiem kształtne i konkretne.  

Warszawa raz była parna, ciężka i burzliwa. A zaraz potem dumna, lekka i uśmiechnięta, tajemnicza, piękna i zwyczajna. Pod ziemią odmierzana wersami piosenki Taco Hemingway'a. Nad nią błyszcząca oczami M-ki. Była soczewką, w której skupiła się cała opowieść o polskości. O szacunku, w pamięci, skromnej łzie w oku i honorze. O zawłaszczaniu symboli, które tak łatwo jest skomercjalizować za całe 2.50, jak na niedzielnym festynie. O ignorancji i niezrozumieniu, wypaczaniu historii, świętowaniu w miejscu okazania czci, nawoływaniu do złego przed wesołym śpiewaniem, z przebitkami wypowiedzi, tych, którzy coś wiedzą, o tym, że po dwóch dnia, to już śpiewać się im nie chciało. I nadal czuję tu tę pokorę, o której pisałam niemal rok temu w poście o  warszawskich zachwytach.

A potem, przy następnej stacji, gdzie w wagonie głucha cisza, znów straciłam złudzenia. I myślę sobie, że jak będę je tracić tak krok po kroku, to wtedy zobaczę sedno. Straciłam złudzenie i w jego miejsce odrosła mi kolejna życiowa mądrość, której przecież tak bardzo nie chcę kosztować. Tylko, że gdy w sekundę przełknęłam tę gorycz i kwaskowatość chwili, zrobiłam się jakby pełniejsza w mojej formie, ponad to wszystko, co uwierało jak kamyk w bucie. Po stracie złudzeń można być jeszcze bliżej, choć bało się, że jest się lata świetlne od siebie. 

serendipity, M-ka

W cyfrowym albumie pod tagiem aspiracje mam dwa zdjęcia. Na jednym z nich stoję na schodach kamienicy w Gdańsku, a tuż nad moją głową wisi szyld Dom Pisarza. Na drugim, opieram się o ścianę kamienicy w Warszawie a nad moim ramieniem wisi szyld Związek Polskich Artystów Fotografików. I choć to z przymrużeniem oka, to między jedną a drugą uliczką coś we mnie pękło. Bo nawet, jeśli wrzucasz monetę do najgłębszej studni, to nasłuchujesz jej reakcji w dotknięciu dna. 
I znów straciłam złudzenia i pomyślałam: no i co z tego? Mniej słów i obrazów na zewnątrz, nie oznacza, że będzie ich mniej w środku. 

Poza tym, to tylko następna stacja.

metro, Świętokrzyska, M-ka


PS: Jak mi już te złudzenia spadły, to pomyślałam, że fajnie jest pisać listy. Nie żadne zbiorcze newslettery do każdego o tej samej treści z top 5 z ostatnich tygodni. Tylko indywidualne maile, takie serendipity weekly. O tym, co tu i teraz. Z jednym zdjęciem, które w innej formie nie ujrzy światła dziennego. Takie, na które się odpowiada. Jeśli macie ochotę, to zapraszam.

poniedziałek, 31 lipca 2017

lato

lato
dziewczynka, serendipity, katie_lamassu



Wiesz, czym jest dla mnie sens? 
Dłonią M-ki wplątaną w moją dłoń. Równym krokiem na szlaku. Ufnym i spokojnym spojrzeniem. Radością i każdą inną, autentyczną emocją.

Najlepsze wakacje to te, które pachną latem, spływają po nadgarstku sokiem z owoców i mokną w ulewie gdzieś w szczerym polu. To te wszystkie wakacje przewędrowane z rodzicami po lasach i górach, schowane na najwyższej gałęzi jabłoni na wujkowej wsi i skrzypiące niebieską kanką na mleko. To te, które trwają teraz i brzmią śmiechem M-ki.

Wędrujemy przed siebie, wraz z wróblem, który skacze nam pod nogami, obserwujemy pasikoniki i pleciemy wianki. Znów dostrzegam rośliny z dzieciństwa, z pierwszego ogródka działkowego i te rwane po domem do zabawy w warzywniak. Mamy we włosach las i niestworzone historie w głowie. Między gitarowymi koncertami i  śpiewaniem na cały głos, łapią nas wakacyjne ulewy i szelmowskie zaczepki starszych panów. Wspinamy się po linach i nurkujemy, zapuszczamy się w głąb i pod ziemię, głaszczemy sowy (i to prawda, że nie są one tym, czym być się wydają), chodzimy po starych cmentarzach i mamy lato książek z mojego dzieciństwa, które odnajdujemy w biblioteczce dla kuracjuszy. Gdy mamy ochotę, to wychodzimy na werandę, by poczuć, jak pachnie deszcz. Bo przecież nie pachnie tak samo, jak w mieście. I głównie żywimy się sernikiem oraz lodami.  

To taki czas, gdy nigdy nie jest zbyt wcześnie na szklankę zimnego piwa lub drzemkę w środku dnia. To taki czas, gdzie właściwie czas nie zwraca na nas uwagi, ani my na niego.

Moje all inclusive to wakacje ze źdźbłami trawy utaplanymi w rosie, wsuwającymi się między palce stóp, z włosami czesanymi wiatrem i bez grama makijażu na twarzy [bo tak lubię, a nie dlatego, że dermatolog kazał mi odstawić wszelkie kolorowe (sic!) cienie, a przecież zdecydowanie nie nadużywałam, skoro profesjonalna wizażystka przygotowując mnie do sesji w pracy, stwierdziła, że się nie pomalowałam - moja powieka pokryta kredką i 3 kolorami (sic!) cieni opadła wtedy z bezsilności. Sądziłam, że umiem w make up].    

Moje all inclusive to lokalne miejsca, bliskie mojemu sercu. Jak to miasteczko chudych kotów, które - tak, jak i my - wybiegają z ogrodów z malwami i krążą wokół opuszczonych domów. 

Lubię buszować po sklepach w małych miasteczkach, w których wieszają kopie zdjęć z Marylin Monroe, jakby miały dodać szyku i klasy tym wszystkim odjechanym strojom, jakich nie znajdziesz w miejskiej sieciówce. Chciałam, więc za grosze kupić szałowe espadryle, ale koncern obuwniczy uznał jednak, że błyszczące, różowe buty nie przystają stopom powyżej rozmiaru 40. Kupiłam zatem magnes. 

Nasze wakacje to wymyślane na poczekaniu wiersze, wtulenia, tatuaże malowane flamastrami na skórze i zupa w wazie. To liczenie nabitych siniaków i bocian przelatujący nad głową. To wzruszenie M-ką i jej zachwytami, wstrzymanym oddechem na szczycie góry, przyglądaniem się okiem znawcy ceramicznym wyrobom i wybieraniu najpiękniejszej bransoletki z całego straganu. I tą dziecięcą wiarą, że każde słowo można cofnąć i wymazać stosownym, rymowanym zaklęciem.

_______

#serendipity tego tygodnia:

muzycznie Tori Amos; muzycznie i wizualnie Mick Jagger:




czytelniczo: "Całe życie" Roberta Seethalera
w sferze doznań i przeżyć (picie dobrej kawy, to jest przeżycie) Dom Klahra 

niedziela, 23 lipca 2017

high on a mountain top

high on a mountain top
zachód; serendipity, góry, Karkonosze

Góry mają smak pierogów z jagodami. 
Pachną powietrzem rozbijającym się na policzkach. 
W górach nikt niczego nie udaje. Ani przed innymi, a tym bardziej przed sobą. 
W górach jesteś najlepszą wersją siebie, bo sobą. W końcu, żeby pójść w kolejne metry nad poziomem morza, trzeba być uczciwym w stosunku do siebie samego, nazwać po imieniu swoje niedoskonałości, realnie ocenić siły. Góry to opowieść o  cesze, o której zbyt często zapominamy tam na dole: o pokorze. Przy każdym dzień dobry  na szlaku wraca mi wiara w człowieka. Przy zachodzie i wschodzie słońca obserwowanych ze schroniska myślę o tym, że to jest właśnie szczęście. 

Jeśli obudzisz mnie o drugiej w nocy, to bez zająknięcia wymienię porządki architektoniczne, powiem dokładną datę urodzin Mickiewicza i wymienię chronologicznie wszystkie filmy Marylin Monroe. Wiem, kiedy była bitwa pod Grunwaldem, jak brzmi III zasada dynamiki Newtona, wiem, że dla mnie Ania z Zielonego wzgórza zawsze będzie miała twarz Megan Follows a dla M-ki Amybeth McNulty (najpiękniejsza czołówka ever). I wiem też, że za 30 lat będę miała dom w górach (darmowy nocleg na hasło serendipity). Po prostu wiem. Jak tą całą resztę i jeszcze kilka innych spraw.

Miasto śni o agresji, o wojnie przed którą uciekam wydmami do baru, gdzie pod drewnianą podłogą chowam zdjęcia i drewniane fajki. Miasto śni o samotności i torebkach na każdą okazję trzymanych w hotelowej szafie. W mieście rzeczywistym stoję wśród świeczek i białych róż. Ze spakowaną torbą czekam aż przestanie padać, by wsiąść do samochodu. 
Być może za kilka godzin spotkacie nas na szlaku. Rozpoznacie nas po kolorowych paznokciach i fotografowaniu stóp.  



piątek, 7 lipca 2017

estranged

estranged
schody,serendipity, katie_lamassu


Znowu przyszło lato i koniec szkoły. M-ka zatrzasnęła świadectwo i zeszyty w szufladach biurka i pomalowała każdy paznokieć na inny kolor. Ja nie mogę się zdecydować, którą z kwiecistych sukienek ubrać następnego dnia. Znów kolekcjonuję piegi, które tworzą nowe gwiazdozbiory na mojej twarzy i wystawiam nogi do słońca. Każdego wieczora marzę o zboczach gór i złotym piasku pod stopami. Apetyt na wakacje mamy olbrzymi, a plany konkretne: będziemy bawić się świetnie, uczyć się robić balony z gumy do żucia i wyszywać haftem krzyżykowym (tak naprawdę to będziemy tego uczyć M-ki, bo ja już umiem). 

Czerwiec przeciągnął się delikatnie, jak kot. Zamruczał tymi chwilami, które niosły ukojenie i radość. Cztery kawałki bursztynu w metalowym kółku, wiatr od morza na policzkach i wpleciony we włosy, kawa pita na parapecie z widokiem na Gdańsk, koszulka ukochanego zespołu na ciele i ten podmuch ciepłego powietrza spełnienia na twarzy i rozwiane włosy idealnie w punkt w 0:24. To ten moment, gdy wiem, że wszystko, czego pragnę, jest możliwe, realne i na wyciągnięcie ręki, tak jak Axl i Slash przede mną na scenie.
Bo, po raz kolejny utwierdzam się w przekonaniu, że w życiu chodzi o to, co przeżyjesz, zobaczysz i co ciebie dotknie. Nowe tytuły i ciepłe słowa ze służbowej przestrzeni cieszą, ale nie mówią całej prawdy o mnie. A teksty piosenek, o wiele bardziej.

Czerwiec obfitował w truskawki, arbuzy i jedno serendipity obok drugiego. 

I myślałam, że czerwce się odczarowały, ale one zawsze mają w sobie coś z ostateczności, jak ten nagłówek publicznie bijący po oczach, a przecież o śmierci tak bardzo prywatnej.

Są wśród nas takie rzeczy, które się nie śnią. A są takie sny, które pachną tęsknotą za rzeczywistością.

W kalendarzu już lipiec i dobijam do wieku Marylin.
Kiedyś myślałam, że umarła staro.
Moje trzy siwe włosy śmieją się dziś z tego w głos.  


Z uwagą na 0:24



Copyright © 2014 serendipity , Blogger